Czy politycy chcą żebyśmy byli szczęśliwi?

sejm#nowakadencja

Głosowanie to nie jest obywatelski obowiązek. Tak mamy skonstruowany system, że nie musimy iść do urn jeśli nie chcemy.Jak nie zagłosujemy, to nikt nie zabroni nam późniejszych narzekań. Brak oddanego głosu to również wybór, a nawet jakby frekwencja była 100%, szala zwycięstwa nie przechyliłaby się nagle dramatycznie na którąś ze stron, dalsze głosy by się raczej wciąż podobnie rozkładały.
Głosowanie na mniejsze zło? Nie ma czegoś takiego w kontekście wyborów. Nie stoimy przed wyborem życie albo śmierć. Zasady są proste. Kto zdobędzie więcej punktów wygrywa. Szkoda tylko, że kandydaci nie dają nam zbyt wielu powodów, żeby na któregokolwiek głosować.

Nieudacznicy poprzedniej kadencji

Po każdej kadencji słychać, że poprzednia frakcja rządząca to nieudacznicy, których co najmniej trzeba odsunąć od władzy, a najlepiej ulokować w więzieniu. Ale skoro taką mamy prawidłowość, to skąd się biorą złudzenia, że nowy rząd będzie inny?

Zresztą, mając typowo polskie podejście do opozycji, trudno się dziwić wynikami rządów. Oczywiście, warto patrzeć rządowi na ręce, ale głosowanie zawsze przeciwko jakimkolwiek zmianom? Takie zachowanie świadczy albo o robieniu na złość, co plasuje człowieka na poziomie podstawówki, albo o braku umiejętności dotarcia do porozumienia. Drugi przypadek jest jeszcze gorszy, bo podważa sens pobytu takich ludzi w parlamencie. W praktyce czy partie mają aż tak skrajnie różne programy? Jeśli odejmiemy współczynnik kontrowersyjnych tematów, takich jak np. aborcja, zostają koncepcje, które leżą wcale nie tak daleko od siebie.

Z kwiatka na kwiatek

A to prowadzi nas do wniosku, że nie ma znaczenia jaka partia będzie rządziła. Schemat się powtarza i będzie się powtarzał. Fala popularności, wejście do sejmu, a potem brutalne rozliczenie z obietnicami. Kilka zmian na lepsze, a poza tym kolejne afery i pomylone ustawy, za które najbardziej się kolejne rządy pamięta.

Obiecywać jest fajnie, tylko szkoda, że partie robią to bez zachowania zdrowego rozsądku. Nawet programy wyborcze jeśli są, w większości przypadków bazują tylko na ogólnikach, które może i mówią CO politycy chcą zrobić, ale nie mówią JAK to chcą zrobić. Żadnych sensownych analiz, czy dane rozwiązanie jest możliwe do wprowadzenia, albo jakie będą implikacje wdrażanej zmiany. Wszystko przedstawione w różowych kolorach, bo inaczej by się nie sprzedało. Budżet jakoś się naciągnie, a ewentualnymi konsekwencjami będzie się martwił ktoś inny.

Klauzula sumienia

A jakby tak politycy zaczęli powoływać się na klauzulę sumienia? Niech powiedzą „my już nie będziemy rządzić, bo szkoda pieniędzy podatników”. Z jednej strony byłoby fajnie, ale zaczynamy wchodzić w czasy, w których taka klauzula będzie standardem, a nie okolicznością. Żaden lekarz, barman czy polityk nie powinien się na sumienie powoływać. Taki wybrał zawód, więc trzeba zakasać rękawy i robić, a nie narzekać.
Bo zmiany są potrzebne. I to takie, które nigdy nie będą popularne. Żeby było lepiej, najpierw przez jakiś czas musi być gorzej. Ludzie będą się burzyć, ale dadzą sobie radę. Żeby jeszcze politycy mieli wystarczająco dużo ikry, żeby takie zmiany wprowadzić i wciągnąć nasz kraj na nowy poziom.

Podsumowanie

Na jakiego kandydata chciałbym zagłosować w przyszłości? Na takiego, który nie będzie obiecywał, tylko po prostu zrobi. Znajdzie takie rozwiązania, które będą korzystne dla ludzi. I nie będzie wpadał w ekstazę z okrzykiem na ustach, że „zwyciężyła demokracja”, albo „wygrała Polska”. Niestety, jakby się politycy starali, wygra zawsze co najwyżej partia, bo ani Polska, ani demokracja nie startują w wyborach.

Chciałbym się kiedyś obudzić w świecie, w którym taki kandydat się faktycznie znajdzie, a nie będzie tylko złudzeniem.

Podziel się ze światem!