Jak Taylor Swift uratowała przemysł muzyczny

Słuchawki na biurku, smartphone#streaming #muzyka

Taylor Swift nakarmi cały świat, zakończy wojny i jeszcze zdąży urodzić dziecko. [zapomniałeś o odwiedzeniu Tokyo. Odwiedziła? Może na Wikipedii będzie, nie zapomnij sprawdzić.] W swojej ironii, wiele osób wydaje się wierzyć, że tak jest naprawdę. Ale czy Taylor naprawdę zrobiła aż tak wiele?

15 lat temu na ekrany kin wszedł film South Park. Jedną z bardziej charakterystycznych piosenek w filmie była „What would Brian Boitano do?”, co na język polski bardzo zręcznie przetłumaczono „Co by zrobił Zbigniew Boniek?”. Patrząc na stan polskiej piłki, trudno zgodzić się z tezą, że Boniek uzdrowił polską piłkę. Tak samo obecnie Taylor Swift swoimi działaniami nie ratuje i nie uzdrawia w żaden sposób rynku muzycznego. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że każdy najbliższy kryzys (z Grecją włącznie) będzie oglądany przez pryzmat „Co by zrobiła Taylor Swift?”. [Jezu, kimże jest ta mityczna Taylor Swift, że ma tę moooc? Ma tę mooooooc? Przepraszam, nie ogarniam jej wielkiej popularności. No ale OK, popularność Feela też była dla mnie nie do ogarnięcia. Uznajmy zatem, że już się jej czepiać nie będę, mimo, że za bardzo mnie nie grzeje.]

Blask z nieba
Cudowna interwencja, która sprawiła, że Apple zapłaci właścicielom praw autorskich za toczony właśnie 3 miesięczny okres próbny usługi Apple Music, wcale nie jest tak cudowna jeśli przyjrzymy się bliżej. Jakoś trudno uwierzyć, że sama jedna Taylor występowała w imieniu całego przemysłu muzycznego, ale media innych (mniej znanych?) nazwisk nie wymieniają. W rzeczywistości panna Swift jest tylko jedną z osób, czy organizacji, które na ten temat rozmawiały z Apple. Żeby daleko nie szukać, dyskusję prowadziły m. in. Merlin Network, czy Beggars group, organizacje skupiające niezależne wytwórnie płytowe, reprezentujące m. in. Queens of the Stone Age, Adele, Jacka White’a, Radiohead, czy Prodigy. Nie chodzi jednak o to, że nie wspomina się o wszystkich, tylko o przypisywanie nadludzkich wręcz mocy jednej osobie. Patrząc od strony Apple’a, szefostwo też raczej nie ocknęło się nagle mówiąc: „Słusznie prawi. Wykujmy to w kamieniu i zapłaćmy artystom”. Machina korporacyjna aż tak szybko nie działa, zatem decyzja była pewnie podjęta już wcześniej, a kontrowersja pierwotnego przekazu zrobiła swoje, podsycając zainteresowanie nową usługą. Taką rozgrywkę wszyscy kończą zadowoleni. No, prawie wszyscy. Przede wszystkim Apple.

Każdy głos się liczy, ale to nie wszystko
Generalnie każdy głos zabrany w dyskusji na temat streamingu uważam za słuszny. Wiele jeszcze wody się przeleje w źródełku, zanim ta część rynku dojrzeje do zadowolenia wszystkich stron. Ale tak naprawdę Taylor Swift sama nie zakończy konfliktu na Ukrainie, nie zapewni pokoju na świecie, nie sprawi, że głód będzie tylko tematem z zamierzchłej przeszłości. [Ale może chociaż sama pojedzie do Tokyo?] Wielkie zwycięstwo jej przypisywane jest tylko kroplą w morzu, która zaraz zostanie pochłonięta przez kolejne głośne newsy. Poza tym to zwycięstwo nie jest tak różowe, jak się przyjmuje.

Taylor pomogła, ale nie tak do końca artystom
Ilu artystów jest tak naprawdę właścicielami praw autorskich do swoich utworów? Self publishing [mówmy po polsku, „samopublikowanie”. Jakże elegancko to brzmi. Prawie jak Tokyo.] jest owszem, znany, natomiast nadal jest jeszcze dość rzadko wybieranym rozwiązaniem. Wytwórnie zapewniają ten kluczowy element – wsparcie promocyjne, które jest bardzo istotne w rozwoju artysty, kiedy ten chce zacząć żyć z muzyki (a przynajmniej na niej cokolwiek zarabiać). [„Życie z muzyki” dla 90% grajków jest równie mitycznym zjawiskiem, jak wielka mooooc Taylor Swift, nie zapominaj o tym ;) zarobiłeś coś kiedyś na muzyce? O, znam takiego jednego, co kiedyś zarabiał. 17 lat temu był jedynym właścicielem nagrywarki CD w akademiku i tłukł hajs, przegrywając ludziom płyty. Te z muzyką też. Potem nagrywarki staniały i manufaktura splajtowała.] Dlatego wytwórnie nadal zrzeszają lwią część artystów, a kontrakty właśnie wytwórniom zapewniają sporą część wynagrodzenia przy tematach typu streaming. [I znów ta angielszczyzna. A czemu nie „udostępnianie”? Brzmi mniej światowo?] Zatem to one są przede wszystkim wygrane, a artyści przez te 3 miesiące dostaną grosze. Trudno się więc pogodzić z twierdzeniem, że wszystko jest robione z myślą o artystach. Konkretne pieniądze będą, ale nie dla nich.

Na koniec, nie oszukujmy się. Apple jest na tyle dużą organizacją, że trudno uwierzyć, że tak po prostu ugięła się bez długiej i żmudnej dyskusji, jeśli nie widziała w tym wszystkim zysku dla siebie. Na podstawie informacji o tym ile Spotify płaci właścicielom praw autorskich rocznie, można szacować, że koszt Apple’a przez te 3 miesiące to będzie raptem 200-300 milionów dolarów, co dla nich przy prawie 200 miliardach przychodu rocznie, jest drobnymi na lody. Burza medialna i zainteresowanie usługą, przełoży się za to w dłuższym okresie na wiele większe zyski. I czy nie o to właśnie chodzi?

[Wniosek mam jeden – jest tak, jak ze wszystkim: „nie ważne co o nas piszą, ważne że piszą”. Jola Rutowicz też się cieszyła, że w superfakcie napisali o (sfabrykowanej) kradzieży różowego konia. Ciekawe, czy była w Tokyo? Albo koń?]

Inni też pisali

South Park – What would Brian Boitano do?

[komentowało Alter Ego]

Podziel się ze światem!