Jak dobrze się bawić na koncercie

Koncert nad Wisłą, Lipiec 2015#koncert #muzycy #lifestyle #wisła #komaryjużnietną

I nie zostać hejterem

Jest taki typ człowieka, którego rozpoznam bez wahania. Wiedziałem, że na wieczornym koncercie nad Wisłą na pewno ich nie zabraknie. „Ale on nierówno gra” usłyszałem z prawej strony. Szybki rzut oka wystarczył, żeby przekonać się z kim mam do czynienia. Splecione na piersi ręce, nogi wmurowane w podłoże. Słup ogłoszeniowy. Pewnie nie zauważyłby, jakby przykleić na niego jakiś plakat. Może nawet kilka już wisi. Nie widzę, bo słońce schowało się już za horyzont.

Rozejrzałem się dookoła. Wszyscy zasłuchani kołyszą się równo, chociaż słup z prawej pewnie z tym przysłówkiem by się nie zgodził. Ale bawią się. Zaskakująco, nasze mędząco – marudzące społeczeństwo potrafi spójnie przeżywać radosne chwile. Rzuciłem jeszcze raz okiem w prawo. No, prawie spójnie.

Zasłuchani w ciszę

Na koncercie można usłyszeć wiele rzeczy. Wyznania miłości (albo oświadczyny), żarty, słowa pocieszenia. Czy tylko?

„Kiedyś to się grało, nie to co teraz”, „Ja bym to lepiej zagrał”, „Jak on nabija?”, „Znowu same jedynki?, „W ogóle mu ta gitara nie stroi”, ewentualnie rzadziej „W końcu się porządnie nastroił”.

To przykre, ale wychodzi na to, że muzycy malkontenci operują bardzo ograniczonym zakresem określeń. Trochę przypomina to słownictwo, używane przez chłopaków spod znaku czterech pasków na ortalionie. (O zakres chodzi, nie o jakość bynajmniej. Jakość też jakaś wybitna nie jest, ale przynajmniej bez nadmiaru przecinków.) To ciągłe analizowanie kto gra, jak gra, po co gra, do kogo gra. Tylko po co ta analiza, skoro środki wyrazu na sam koniec nie wychodzą poza klasykę? Dwie godziny wyjęte z życia, żeby zagrać rolę jednej z tych wiecznie niezadowolonych i uparcie odmawiających zabawy osób.

Hipsterem być

Nie przychodzimy w końcu na koncert, żeby się bawić i wydobyć z niego pozytywną energię, prawda? To by było za proste. Tylko po co poświęcać czas i zazwyczaj kilkadziesiąt złotych za bilet, żeby się dowartościować? To samo można zrobić oglądając Youtube’a w zaciszu domowym. Ale ambitny niespełniony muzyk nie zna pojęcia minimalizmu. Nie dla nich za mało hipsterski Youtube. Lepiej pokazać się w tłumie, i jeszcze lepiej kogoś wyedukować odnośnie słabego poziomu artysty, którego ktoś przyszedł posłuchać.

Środek do celu stał się celem samym w sobie

Po co chodzimy na koncerty? Pokazać się w tłumie? W dobie Instagrama czy Snapchata to nie jest taki zły powód (nigdy chyba nie był). Wygenerować całą masę napędzających nas endorfin? Jasne, że tak. Nawet wizyta w operze, poza nadrobieniem deficytów snu, może nas pozytywnie naładować.

A czy marudzenie jest celem samym w sobie? Nie chce mi się wierzyć, że ktoś idzie na koncert z takim nastawieniem. Najgorzej kiedy środek do celu staje się celem samym w sobie. Oby jak najrzadziej.

Jeśli podczas koncertu usłyszysz kiedyś z boku komentarz na temat artysty, podejdź do takiej osoby i powiedz wprost „Baw się, szkoda koncertu na stanie na baczność”. A jak nie chce się bawić, to wyjście jest zazwyczaj dobrze oznaczone.

No ale przyznać trzeba, że fajnie jest usłyszeć w pewnym momencie z ust znawcy-krytyka: „No okeeeeej, ale niezły jednak jest. Nie spodziewałem się tego”. Rzadkość to wielka, ale się zdarza. Mnie się zdarzyło, nawet ostatnio. Wtedy nie możesz się powstrzymać od ironicznego uśmiechu i z trudem powstrzymujesz się przed „a nie mówiłem?”

A publikę też można odpowiednio skomentować. Mnie się wiecznie ciśnie na usta: „Warszawa nie potrafi klaskać”, w momencie rytmicznych owacji. Jestem hejterem?

Komentowało Alter Ego

Podziel się ze światem!
  • http://www.blogabella.pl Blogabella

    Zawsze znajdą się jacyś malkontenci szukający dziury w całym. Lepiej machnąć na nich ręką i bawić się dalej. Nie ma co sobie krwi psuć. ;)

    • http://www.oczamimuzyki.pl Michał Stępkowski

      To chyba taka polska przypadłość :) zawsze warto skrytykować tych co mają lepiej. W tym wypadku np. grają na scenie dla kilku setek osób.