Czy znalazłeś już swoje magiczne miejsce na ziemi?

Jaworki 2011#muzycznaowczarnia #jaworki #muzyka #najlepszepiwowmieście #warsztatymuzyczne

Każdy ma swoje magiczne miejsca, do których kocha wracać. Dla przyrody, atmosfery, ludzi, dla emocji, czy po prostu z ciekawości. Dla wielu młodych muzyków takie miejsce istnieje w środku Pienin. W miejscu gdzie kończy się droga. W Jaworkach niedaleko Szczawnicy. W klubie Muzyczna Owczarnia.

„Kończy się droga” to lekko przesadzone stwierdzenie. Bardziej poetycko by było: „tam, gdzie wrony i fale radiowe zawracają”, ale to też nieprawda, choć zasięg bywa faktycznie słaby. A droga akurat kończy się kilka kilometrów dalej. W miejscu, gdzie strudzony wędrowiec nie ma możliwości kupienia butelki wody, za to z powodzeniem nabędzie bundz i oscypek w ilości wszelakiej ;)

Czym są Jaworki? To nie tylko miejsce na mapie. To nie tylko warsztaty muzyczne. To przede wszystkim miejsce gdzie każdy turnus to setki okazji do naładowania baterii i wygenerowania emocji, bez których nasze życie nie byłoby tak barwne. Bez których nie mielibyśmy wspomnień, do których warto wracać.

To podekscytowanie gdy poznaje się nowych ludzi, z którymi niedługo razem będzie się grało na jednej scenie. Z którymi odnajduje się  wspólne zainteresowania, i podobne doświadczenia z przeszłości. Odkrywa, że nakręca Was ta sama muzyka.

Albo wręcz przeciwnie – kompletnie różna :P

Ekscytacja zajęciami, podczas których można zdobyć motywację na cały rok grania. To też poznawanie patentów innych muzyków, a przede wszystkim tych elementów, na którymi w najbliższym czasie warto pracować. Naładowanie się pozytywną energią, którą będzie można potem oddać w postaci dźwięków.

Radość wspólnego ćwiczenia. Udoskonalanie warsztatu i zdolności pracy w zespole. Zabawa formą, brzmieniem i aranżacją utworów, żeby na scenie zachwycały. Odnajdywanie w piosenkach nowych elementów, których wcześniej się nie zauważało.

Jak to było? Gramy, gramy… coś nie wyszło. Ktoś krzyknął: „Jeszcze raz!” Mentor pokręcił głową z politowaniem: „Jeszcze NIE RAZ.”

Irytacja gdy przy próbach po raz kolejny popełnia się błąd w tym samym miejscu. I cierpliwe powtarzanie raz po raz krótkich momentów utworu i całych piosenek, żeby uzyskać ten idealny efekt. I także odrobina złości, że inni chcą koniecznie dodać gdzieś solówkę i się popisać. A po tym długie rozmowy i negocjacje, żeby ostateczny efekt był wspólny.

Rozpacz, że dany utwór był za mało razy przećwiczony, a wieczorne występy już za chwilę. Szybkie powtarzanie w głowie całego utworu, wszystkich jego charakterystycznych elementów. Wystukiwanie rytmów na kolanie, czy akordów gitarowych na ręku.

Zazdrość, gdy jako widz się ogląda innych, zamiast być tam z nimi na scenie. I trudne chwile czekania na swoją kolej, kiedy nogi i ręce same rwą się do gry.

Strach towarzyszący wchodzeniu na scenę. I to uczucie żołądka w przełyku, które mija przecież już po minucie gry, kiedy okazuje się, że to jest właśnie ten moment, na który tak długo się czekało. Kiedy to rozkosz gry może przejąć pierwsze skrzypce i nas poprowadzić przez cały utwór.

Obawa, że inni nas będą oceniać, ale też świadomość, że przyjechaliśmy na warsztaty przede wszystkim dla siebie. To my mamy się uczyć, my mamy doskonalić swój warsztat, obycie ze sceną, grę w zespole, relacje z innymi uczestnikami. My mamy promować siebie jako obiecujących muzyków, ale przede wszystkim fajnych ludzi, z którymi warto razem grać.

Miłość do muzyki, która ma szansę rozkwitnąć coraz bardziej z każdą zagraną nutą. Już nawet nie motyle, tylko nietoperze, które chcą wyrwać się z żołądka i odlecieć wzdłuż rzeki w samo serce Pienin.

Duma z dobrze wykonanego numeru. To niepowtarzalne uczucie schodzącej z ciała adrenaliny i następujący po tym relaks, w którym można się zatopić bez pamięci. I nawracająca myśl, że chciałoby się jeszcze, ale znów trzeba czekać na swoją kolej.

Albo Wściekłość, gdy coś nie wyszło, gdy zwaliłeś po całości, a najbardziej w tych momentach, których byłeś najbardziej pewien – nie zapominaj o tym ;) Wściekłość w momencie, kiedy ktoś nagle wypycha Cię na scenę, jak zaczyna się jakiś standard i okazuje się, że totalnie nie wiesz, co to za utwór, jak to grać, na trzy czwarte, siedem ósmych, i jak leciała ta cholerna druga zwrotka w „Nie płacz Ewka”. Albo gdy po Twoim zejściu ze sceny jeden z mentorów mówi głośno i z dezaprobatą: „Czy jest tu jakiś wokalista, który nie śpiewa piosenek o wojnie???” Pozdrawiam Mentora tak na marginesie, z ogromną sympatią ;)

Pewność, że nawet jak wrócimy do klubu o 3 nad ranem, ktoś będzie jeszcze cały czas grał. I będzie można się przyłączyć i razem zagrać jeszcze kilka numerów budując kolejne relacje.

Jak to, jak to? Przecież od pewnego momentu wszystkie dżemy kończyły się o pierwszej czy drugiej w nocy. Wyganiali nas do domów i kazali iść spać. A wszyscy jakoś wracali i ciągle ktoś tam był ;)

Świadomość, że jest się dokładnie w miejscu, w którym powinno się być. Gdzie ludzie Cię rozumieją, myślą w podobny sposób, mówią tym samym językiem, pielęgnują tę samą pasję. Ta lekkość rozmowy, mimo że różnica wieku potrafi przekroczyć 30 lat.

Przyjemność wspólnego grania muzyki, ćwiczenia, jedzenia, oddychania, relaksowania się, czy wycieczek po górach.

Zwłaszcza jedzenia. Tam rodziły się najlepsze zespoły i pomysły. Pozdrawiamy panią Bożenkę z Kozińca ;)

Nostalgia, że kolejny dzień minął i nieuchronnie zbliża się finał. Że to wszystko zaraz się skończy. Że kolejny taki słoneczny turnus dopiero za rok.

Jak słoneczny, przecież tam zawsze leje! Człowiek tylko wypatruje przerwy w deszczu. No dobra, nie leje non stop, ale taka zasada, że w ciągu turnusu musi nas zdrowo zlać. A grad wielkości piłek golfowych pamiętasz? No dobra, wiem. Chodzi o słońce w sercu.

Wreszcie to żal, gdy w niedzielny poranek jemy razem śniadanie po raz ostatni. Gdy patrzymy sobie w oczy i wiemy, że za chwilę odjedziemy w różne strony świata. Ale też wiemy, że wykorzystaliśmy ten czas najlepiej jak umieliśmy. Że kontakty pozostaną i będą pielęgnowane, a niektóre przełożą się na konkretne projekty muzyczne.

Każdy powinien mieć takie miejsce, do którego warto wrócić. A czy Ty znalazłeś już swoje? Może najbliższa konferencja nie będzie tylko serią nudnych wykładów? Okazji do naładowania się pozytywną energią jest wiele. Czasem wystarczy się tylko rozejrzeć i trochę otworzyć.

Ale pompatyczne zakończenie. Idzie się wzruszyć i rozpłakać. Chlip. I nie gadaj że to klasyczny „call to action”, znów po angielsku, pff. Jasne, rozumiem, że fajnie jest zakończyć wezwaniem do działania. Ale do magii potrzebna jest Magia. Tamto miejsce ją ma, wątpię że znajdziesz ją na konferencji, czy przekładając papiery na biurku. Tamci LUDZIE, nawet, jeśli z każdym rokiem coraz to inni, nowi, to  jest tam jednak coś takiego, że jest MAGICZNIE. Szukajmy Magii w życiu. To też było pompatyczne. CHLIP :) #szukajmymagiiwzyciu

Komentowało Alter Ego

Podziel się ze światem!